Przejdź do głównej zawartości

Pingyao i kocie uszy:)



Z komentarzy pod ostatnim postem (za które bardzo serdecznie dziękuję!) wywnioskowałam, że
jeszcze jeden chiński post nie będzie z mojej strony przesadą:) i chętnie poczytacie o naszej wyprawie.
 Dzisiaj więc jedno z najładniejszych miejsc, jakie zobaczyliśmy w Chinach.




Po Pekinie następnym celem naszej wyprawy było oddalone o około 700 km od stolicy nieduże Pingyao, którego główną atrakcją jest stare miasto otoczone zachowanymi w całości murami miejskimi, z domami pamiętającymi czasy dynastii Ming.
Po ponad 9 godzinach podróży nocnym pociągiem z Pekinu rano dotarliśmy na mały, stary dworzec z którego roztaczał sie widok na miasto- zakurzone, hałaśliwie, z rozkopanymi chodnikami i ulicami, w niczym nie przypominające bajecznej urody miasteczka, jakie znaliśmy ze zdjęć z przewodników. Chyba najlepiej ten obrazek scharakteryzował mój małżonek, który po wyjściu z dworca jęknął tylko: Ale Azja!






Przez chwilę staliśmy oniemiali ze zdumienia, ale szybko musieliśmy nawiązać kontakt z rzeczywistością, ponieważ niemal natychmiast pojawiło sie koło nas kilku właścicieli "taksówek", którzy za niewielką opłatą proponowali swoją pomoc. Zmęczeni i niewyspani nie zastanawialismy sie długo i po kilkunastu minutach jazdy znaleźliśmy się w naszym hoteliku na przepięknym starym mieście, które bardzo się różniło tego co widzieliśmy przed chwilą poza murami.
Hotel położony w cichym i spokojnym zakątku, z dużym patio, z obszernymi pokojami, do których wchodziło się z galeryjki udekorowanej chińskimi lampionami był na pewno najfajniejszym miejscem, w jakim mieszkaliśmy w czasie całego naszego pobytu w Chinach.
A genialnie wygodne, tradycyjne chińskie łóżko o szerokości 2,30 m (!) pochodzące właśnie z tego hotelu możecie zobaczyć na moim instagramie- no mam i próbuję się z nim zaprzyjaźnić:)




nr naszych pokoi




A to już Pingyao wieczorem:











Wiekowa zabudowa w tradycyjnym chińskim stylu, urocze, maleńkie sklepiki, klimatyczne knajpeczki z doskonałym jedzeniem spowodowały, że zamiast jednego dnia zaplanowanego na zwiedzanie, zostaliśmy w Pingyao do 3 dni...





Jak już napisałam kuchnia Pignyao, jak zresztą kuchnia chińska w ogóle, jest przepyszna- i nie mam tu na myśli "chińszczyzny" zamawianej u nas na wynos, bo to z prawdziwym chińskim jedzeniem ma niewiele wspólnego:P  Oczywiście jest to kuchnia bardzo różna w różnych regionach tego ogromnego kraju i nie da się sprowadzić jej do wspólnego mianownika, bo w każdej prowincji, czy nawet w każdym mieście są charakterystyczne dania lub składniki potraw decydujące o niepowtarzalności kulinarnych doznań.




W restauracji na zdjęciu powyżej mieliśmy okazje sprobować tradycyjnych dań z Pignyao, które szczególnie chwali się swoimi kluskami



np. tymi gotowanymi na parze podawanymi z ostrym sosem





Doskonała była też wołowina z dużą ilością świeżej kolendry i sałatka ze swieżych ogórków z czosnkiem i sosem sojowym
No i oczywiście "kocie uszy" z tytułu posta, które są niczym innym, jak tylko drobnymi kluseczkami z sosem pomidorowym- patrz: zdjęcie poniżej:)
Czy przypominaja rzeczywiście uszy kota- osądźcie sami:)))



I oczywiście muszę zdementować tutaj plotki, mity i legendy- nikt tam kotów nie je:P
Wprost przeciwnie: tak, jak wszędzie indziej są baaaardzo lubiane:) 







Inne zwierzaki też:)



Nawet burza była wyjątkowa w tym starożytnym mieście 



A to już nasze ostatnie chwile w Pignyao i droga na nowy dworzec kolejowy. To "nowy" podkreślam, bo okazało się, że dworce są tam dwa- ten stary na który przyjechaliśmy i oddalony od niego o dziesięć kilometrów nowy, z którego mieliśmy odjechać do następnego celu naszej podróży.
O tym, że są dwa dowiedzielismy się zresztą dopiero w ostatniej chwili i tylko dzięki uprzejmym "taksówkarzom" spod starego dworca, szybko dotarliśmy do tego właściwego, z którego odjeżdżał nasz pociąg









Takim ultranowoczesnym pociągiem dojechaliśmy w ciągu niecałych trzech godzin do Xi'anu- odległość ponad 500 km, prędkość 200-250 km/h...


A to już Xi'an i kolejny etap podróży... 





Komentarze

  1. Super podróż i świetna relacja. Ja w zeszłym miesiącu zastanawiałam się z mężem jak możemy uczcić naszą 10 rocznicę, która będzie w przyszłym roku. Jednym z pomysłów była właśnie wyprawa do Chin. Dlatego zapytam przy okazji, czy to był zorganizowany wyjazd czy taki tylko wasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjazd był zdecydowanie pt. "Chiny na własną rękę":) Zresztą my w zasadzie zawsze tak podróżujemy i zwiedzamy, bo jest i taniej i ciekawiej. Tym razem tez kupiliśmy tylko bilety na samolot do Pekinu i z powrotem i zarezerwowaliśmy pierwszy hotel w Pekinie (polecam booking.com). W Pekinie zwiedzanie było o tyle łatwe, że nasza córka od pół roku jest tam na stypendium, mówi już bardzo dobrze po chińsku i całkiem nieźle zna to miasto.

      Usuń
  2. wspaniała wyprawa zdjęcia tylko to potwierdzają;-) te budynkiulice a jedzonko wygląda smakowicie
    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  3. Co tu napisać .... PIĘKNIE !!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Super, super, super! Tylko pozazdrościć!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. aż się nie chce wierzyć, że te wszystkie budyneczki, knajpki są wybudowane dla użyteczności lokalnej, a nie na potrzeby turystów. No pięknie po prostu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla uzyteczności lokalnej, głównie publicznej i to na dodatek kilka wieków temu, kiedy były w nich urzędy i banki. Zapomnialam napisać, że Pingyao było kiedyś stolicą Chin

      Usuń
  6. Fantastyczna podróż - miasto urokliwe:) Te ,,kocie uszy'' przypominają mi nasze uszka do barszczu czerwonego:)
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo fajne wspomnienia. Kotki urocze - nawet "na surowo" i bez przypraw wyglądają "słodko" ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. ja nawet trzecią część chętnie obejrzę..pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jakże piekna fotorelacja! Zazdroszczę podróży! Cudownie:-)))))

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudowna wycieczka,zdjęcia super:))

    OdpowiedzUsuń
  11. Och ile mnie nie było ,
    a Ty na koniec świata pojechałaś ( ale widzę że nie sama ;))) )
    To lecę pooglądać zdjęcia , potrawy musiały być boskie - MNIAM - wiesz ja łasuch jestem
    Buziak

    OdpowiedzUsuń
  12. Kalinko, mogłabym dużo jeszcze takich postów czytać - świetna wyprawa, a ja dużo się dowiedziałam - fakt - kocie uszy w takie wersji wyglądają smakowicie;) Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty z tego bloga

Białe kafelki- cegiełki- porównanie: Vives "Mugat" i Equipe "Metro"

Tak, jak obiecałam dzisiaj garść praktycznych informacji o płytkach ceramicznych w kształcie białych cegiełek, dla wszystkich, którzy pytali o nie w mailach i komentarzach pod postami.  A dokładnie o dwóch rodzajach takich płytek, których użyliśmy remontując łazienkę i kuchnię w naszym domku letniskowym. 
Jak już pisałam w ostatnim poście, w kuchni cegiełki są nieco inne, niż w łazience chociaż na pierwszy rzut oka  wyglądają w zasadzie tak samo.  W łazience, którą remontowaliśmy dwa lata temu położone są płytki MUGAT  firmy Vives, głownie dlatego, że były to jedyne kafelki wyglądające jak cegiełki, jakie wtedy znalazłam, w dość rozsądnej cenie 
(przy urządzaniu i wybieraniu materiałów do domku letniskowego,  który służy nam tylko przez kilka miesięcy w roku aspekt ekonomiczny ma spore znaczenie:))
Do kuchni, której remont właśnie się kończy zamówiłam nieco mniejsze kafelki- METRO z firmy Equipe Ceramicas



Podstawowe różnice pomiędzy tymi białymi kafelkami:
Vives MUGAT blanco: wymiary 10…

MOJA BIAŁA KUCHNIA

Uff!!! W końcu jest gotowa!
Moja wymarzona, letniskowa kuchnia:)
 Jest dokładnie taka, jaką chciałam mieć: bardzo prosta, jasna i oczywiście biała. Biała, ale jednocześnie bardzo kolorowa, bo dzięki dużej ilości otwartych półek i wieszaczków, które mieszczą moje porcelanowe zbiory i kolorowe kuchenne ściereczki jest wielobarwna i w każdej chwili można zmienić jej kolorystykę...




Wielki ceramiczny zlew z zasłonką, to też jedno z moich kuchennych marzeń, które właśnie się spełniło.
Zlew Domsjo z IKEA, to zresztą największa fanaberia, na jaką sobie pozwoliłam w letniskowej kuchni- reszta mebli i wyposażenia jest zakupiona w wersji jak najbardziej ekonomicznej (szafki dolne IKEA- Faktum z frontami Stat), albo przerobiona ze starych mebli (jak na przykład jedyna wisząca szafka, która pozostała z dawnej kuchni)
Zasłonki do szafek i rolety na okna uszyłam sama:)

Cały projekt zresztą też by me;
Wykonanie trochę też moje, ale przede wszystkim mojego wspaniałego męża i szwagra Wiesia, którzy wy…

Post techniczny: bielenie scian i kafelki-cegiełki

Moja letniskowa łazienka doczekala sie przyklejenia listew wykończeniowych do płytek Mugat Blanco firmy Vives, na które czekałam kilka tygodni; a potem jeszcze kilka na naszego glazurnika, któremu nie za bardzo chciało sie do takiej małej "robotki" przyjeżdżać. No, ale w końcu są:




Niestety listwy wykończeniowe maja odcień ciemniejszy od kafelek o jakieś dwa tony i na tle białej ściany i bielutkich "mugatów" bardzo to widać. Planuję wiosną dodać trochę koloru łazience- albo pomalować ściany, albo powiesić zasłonkę na półeczce z bojlerem i miejscem na pralkę widocznym na dolnych zdjęciach powyżej. Pomalowanie ścian ma taka zaletę, że zmniejszy kontrast pomiędzy listewkami a kafelkami i ścianą. Ale z drugiej strony ja bardzo lubię białe łazienki...








Lampa (IKEA) w kolorze bezowym jest jedynym nowym zakupem jakiego dokonałam przed zakończeniem sezonu. Mam do zagospodarowania jeszcze okno, zawieszenie zasłonki przy wnęce na pralkę, półki, wieszaczki itp.


O bieleniu drewnian…